Dwa kongresy
Zaczyna się II Akademicki Kongres Feministyczny w Krakowie. Nie mogę jechać, obowiązki, obowiązki. Akademickie. Jednak rano pomyślałam o konstytutywnych różnicach między kongresami: Akademickim Feministycznym i Kobiet. Na tym drugim oczywiście bywają akademickie feministki, a na pierwszy przybędą także aktywistki tego kobietystycznego. Pośród różnic ważna jest ta, która podpada pod analizę genderową: na Europejski Kongres Kobiet (europejski!) zaglądają mężczyźni z pierwszych stron gazet składając deklaracje poparcia. Na feministycznym obecność mężczyzn jest naturalna. Po prostu: w feminizmie pojmowanym jako metodologia, sposób rozumienia świata występują mężczyźni. Podczas kongresu z kobietą w nazwie sprawa jest mniej oczywista. Na pierwszym jednym z kilku zarejestrowanych był student z Uniwersytetu Szczecińskiego. Na tegorocznym oczywiście facetów kręciło się więcej, jednak widoczni byli ci, którzy reprezentują władzę. Na Kongresie Feministycznym samców alfa nie spotkamy, spotkamy natomiast szeregowych pracowników feminizmu.
Tak więc Kongres Kobiet toczy się wobec męskiej władzy, chce coś męskiej władzy wyjaśnić i coś wytargować.
Tak więc Kongres Feministyczny pokazuje, co dzieje się w polskim feminizmie, jakie jest miejsce feminizmu w polskiej nauce, na uczelniach, jak to promieniuje na społeczeństwo.
Pierwszy kongres unika słowa „feminizm”, bo mężczyźni i część kobiet tego słowa nie zniosą.
Drugi używa wszystkich możliwych słów.
Skóra jako antyseksmisja
Poszłyśmy z Izą na Almodovara o 13.00. Po spotkaniu w redakcji, ustalaniu posunięć organizacyjnych, taki seans w porze ucieczki z szóstej lekcji bardzo się nam przydał. I jak w czasach szkolnych – kino puste. Tyle że w czasach szkolnych pusto bywało na dziełach kinematografii radzieckiej, dziś premiera tygodnia nie wypełnia szczecińskiego multiplexu. Gdzie, ludzie, jesteście?
Niestety, pokazali zajawkę filmu Koterskiego z co bardziej śmiesznymi grepsami, tak chamskimi, że raczej akurat na tę „seksmisję XXI wieku” nie pójdę. Natomiast „Skóra, w której żyję” to jest prawdziwa „seksmisja XXI wieku”, taka, na jaką polskich reżyserów absolutnie nie stać. Po pierwsze sam kierunek, czyli przerobienie facetów na babeczki, a szczerze mówiąc na super-laseczki to nie tylko ideologicznie słuszne rozwiązanie, lecz i rozbrojenie płciowych dyskursów. Ponieważ film miał sporo recenzji i wiele osób już go widziało, w skrócie zdam sprawę z tego, co oczywiste.
Banderas gra szalonego doktora, który mści się za nagromadzone – jak to u tego reżysera – nieprawdopodobne nieszczęścia swego życia. Chirurg plastyczny, a więc żyjący z ludzkiego dążenia do absurdalnej doskonałości, traci żonę zwęgloną w wypadku podczas ucieczki z kochankiem – jego własnym przyrodnim bratem. Traci nie od razu, bowiem umie ją utrzymać przy życiu do momentu, gdy ta zobaczy samą siebie. Jak miałaby żyć bez skóry, skoro musimy mieć skórę idealną? Brzydota nie pozostawia wyboru. Córka tej pary, świadek samobójstwa matki, zapada na psychiczną chorobę. Gdy pewien młodzieniec próbuje ją zgwałcić (nie zdając sobie sprawy, że jej dziwne zachowanie nie jest zaproszeniem do zabawy), wariuje do końca. I także rzuca się z okna. Ojciec mści się radykalnie – porywa chłopaka, przykuwa go do ściany w piwnicy, a następnie zmienia mu płeć. No i to jest odjazd, ale nie tylko dlatego, że streszcza dyskurs transgenderowy, nawet nie dlatego, że w prostych w sumie konceptach pokazuje uwspółcześniony niepokojami technologii naszych czasów pigmalioński mit, krytykuje chirurgię plastyczną, kwestionuje dążenie do piękna, ale przede wszystkim dlatego, że zamienia w obraz pragnienia, instynkty i odruchy. Co kobiety mają ochotę zrobić w odpowiedzi na krzywdę? Ano oddać mocniej. Ojciec-mściciel przygotowuje gwałciciela córki na odczucie tego, czego doznają kobiety, także gwałtu. Otóż z punktu widzenia pewnej, nazwę to tak, pedagogiki zwróconej ku mężczyznom, taka nauka jest jedyną możliwą. Nie zrozumiesz, zanim nie będziesz mieć waginy do rozciągnięcia. Piękno może stać się drogą do bólu.
W pewnym momencie wiele wskazuje na to, że ojciec w swym szaleństwie „robi sobie” jakąś hybrydę żono-córki, by następnie z nią współżyć. Wcale by mnie to nie zdziwiło, jednak okaże się, że pierwowzorem jest twarz żony. Takie przełamane kazirodztwo miałoby się w całości układanki całkiem nieźle.
Inną sceną cudownie almodovarowską jest scena kolejnego gwałtu. Gwałci tym razem straszny przestępca-przyrodni brat chirurga w stroju tygryska. I jak w innych filmach reżysera gwałt bywa groteskowy, nie odnosi się bowiem do rzeczywistości, lecz do fantazji, jak sądzę, bardziej kobiecych niż męskich. Fantazja o gwałcie nie zakłada bowiem bólu i przemocy, lecz zabawę, która w filmie kończy się i tak dla gwałciciela źle, ponieważ plan zakłada eliminowanie mężczyzn, na początek ich własnymi rękami.
Chłopak zamieniony w dziewczynę, zgwałcony, przekonuje do siebie swojego „twórcę” i tresera. Zabija, ucieka, wraca do sklepu vintage prowadzonego przez matkę i – tu niespodzianka! – ekspedientkę-lesbijkę. Ta wolta w akcji – piękny twór okrutnego chirurga nie zostaje z nim z miłości, co chodziłoby po głowie twórcom komedii romantycznych, a może i thrillerów – lecz go bezwzględnie likwiduje. Jak to awatary. Ma już jednak nowe, niezniszczalne i idealne ciało. I co? Domyślamy się, że w tym nowym ciele zdobędzie względy ekspedientki, u której w męskim wcieleniu nie miałby/łaby/łoby szansy.
Przewrotne rozwiązanie zawikłanych historii zapewne nie spodoba się miłośnikom „Seksmisji”. Triumf kobiecości absolutny, nawet męski sadyzm zostaje wprzęgnięty w służbę idei kobiecości. Chłopak przemieniony w dziewczynę sam nie podjąłby takiej decyzji, lecz zapewne nie będzie w końcu żałował tej skróconej, bo trwającej zaledwie sześć lat, okrutniejszej, bo skondensowanej i doprowadzonej do absurdu – lekcji kobiecości, którą w kulturze kobiety odbierają mniejszymi porcjami.
Almodovar mówi nam oto (poza wieloma innymi kwestiami, na przykład o istocie kina, roli literatury, co ciekawe, bo jakoś i o tym jest nowy film Allena, dużo jednak gorszy): uważajcie, kobiety w końcu pękną. Mówi tak, zarazem pozwalając się widzom bawić w kinie, bawić w kino. Bez chamskich grepsów o wycieraniu ch… w finankę (tak, takie coś ma mnie zachęcić do pójścia na film Koterskiego). Nasze seksmisje (stawiam, że ta nowa też) mówią: kobitki się burzą, ale my, faceci jak trzeba, i tak będziemy na górze. Almodovar mówi: no nie, nie będziemy, w końcu one nas wyeliminują naszymi własnymi sposobami. Mężczyźni w tym filmie są impotentami, wykolejeńcami, bronią swej pozycji stosując skomplikowane środki (jak zbudowanie domu-twierdzy z salą operacyjną), werbują pomocnice (matki, niestety te mają wciąż złą prasę), a i tak są w schyłkowym okresie. Akcja dzieje się w roku 2012, więc już niedługo tych rządów patriarchatu. Piękne dziewczyny zostaną same z sobą i nikt nie będzie podglądał tego, jak wygląda ich miłość. O nie, takiego filmu żaden polski reżyser nie dałby rady pomyśleć. Kto by na to poszedł do kina?
Mięso
Piszę dużo zaległych tekstów, recenzji naukowych. Powieść leży. Z okazji 11 września wspominano “gdzie byłam, co robiłam”, więc ja wyjmuję fragment z pisanego właśnie eseju.
Na początek dwie migawki pocztówkowo-historyczne. Migawka pierwsza: stan wojenny zastałam w drodze do domu. Opuściłam suto zakrapiane urodziny kuzyna – dużo marnego wina, wódka, kanapki, na ciepło bigos i pizza według słowiańskiej receptury: na grubym spodzie, posypana majerankiem, obłożona kiełbasą śląską lub zwyczajną; do popicia polo-cocta produkowana w browarze Szczecin, piwo Bosman i woda z syfonu na naboje (u kuzyna fioletowa butla, u nas w domu niebieska, szczyt sztuki funkcjonalnej wówczas nienazywanej dizajnem). Dużo piliśmy, ciągle piliśmy. Właściwie od dziecka, dziedziczyliśmy po starszym rodzeństwie, kolegach, rodzicach ten straceńczy styl, to jakieś wciąż pachnące okupacją, konspirą siedzenie nocami, krytykowanie rzeczywistości, gadanie o literaturze, zapijane dużymi haustami. Filmy o okupacji i powojenny egzystencjalizm podbijały legendę romantycznej tradycji. Tak się to z dekady na dekadę przenosiło. Dziewczyny także siedziały w oparach dymu i wyziewach wina, nie wszystkie, nie te bogobojne i trzymane twardą ręką. Niektóre z tych trzymanych umiały się wymknąć i dołączały. Jednak tym razem nie będzie o tym, nie będę pisać o endemicznym pijaństwie z czasów niewinności, gdy ani papieros, ani wódka nie wydawały się zagrażać planecie oraz moralności. Pod tym względem trwały w Polsce lata pięćdziesiąte, najwyżej sześćdziesiąte aż do końcówki osiemdziesiątych. Owszem, wiedzieliśmy, że spożycie szkodzi, palenie zabija, jednak mieliśmy na głowie ważniejsze problemy niż propagowanie zdrowego stylu życia. O tak, picie i palenie wyznaczało obszary wolności. Nocne prywatki umacniały więzi, przekonywały nas, że panujemy nad naszą rzeczywistością. „Naszość” była istotna, wyznaczaliśmy granice swojej tożsamości w tym konkretnym miejscu, w Polsce PRL-owskiej, z wielkimi tradycjami, o których uczyła nas szkoła, z wielkimi tajemnicami, o których szeptano w domach, z wielkim niespełnieniem konsumpcyjnym, odczuwanym na co dzień i tworzącym permanentny stan wyjątkowy.
Tak więc wyszłam z prywatki urodzinowej i na rogu ulicy zobaczyłam czołg. Śnieg leżał na śpiącym mieście, czołg wydawał się surrealistycznym wykwitem pijaństwa.
Ile takich opowieści przeczytałam potem, z okazji kolejnych rocznic wprowadzenia stanu wojennego (jak to nazywał reżim), czy wojny polsko-jaruzelskiej (jak mówiliśmy my)? Bez liku. Część z nas, niewątpliwie, przywitała poranne wystąpienie generała Wojciecha Jaruzelskiego vel Jaruzela na tęgim kacu.
Migawka druga: 11 września 2001 roku, kąpałam się w zatoczce pod stojącym na klifie domem w Dubrowniku. Dom zaniedbany, właściciel łowił ryby, żona pracowała w szpitalu. Nocami siedzieli na tarasie pijąc wino i jedząc ośmiornice z grilla. Gospodarz te ośmiornice łapał na harpun, taki był cel jego codziennych peregrynacji po morzu pamiętającym pieśni Homera. Nie remontowali odziedziczonego po rodzicach domu. Nie musieli. Widok na zatokę, świeżo (po wojnie) położone, czerwone dachy miasta, ciepła woda, kolory kwiatów, oliwki zaglądające do talerzy dawały gwarancję korzystnego wynajmu. Obie scenki dzieli dwadzieścia lat. Inne czasy. Nie piłam, sielanka końcówki lata, niewiarygodny spokój. Nie mogę nawet napisać, że między tymi historycznymi datami przeszłam od wódki do wina, bo z godnością znosiłam mękę abstynencji, nie potrzebowałam chorwackiego sikacza do szczęścia. Jest jedna jeszcze różnica: w mięsie. W tej sprawie to również dwie różne pocztówki. Tam kiełbasa na pizzy tu pizza wegetariańska. Tam krew zmywana z kuchennego stołu, tu winogrona z białym chlebem.
Nałkowska
Czytam Hanny Kirschner „Nałkowska. Życie pisane”. 854 strony, to mówi samo za siebie. Próbny wydruk, a waży tyle, że nie wiem w jakiej pozycji się usadowić. Dziś świeci słońce, mam zamiar przysiąść na balkonie, ale w ogóle jest to lektura nabiurkowa, po prostu trzeba ją na czymś położyć. Od dawna chodzi mi po głowie taki dzienniczek, czy może metryczka, która można dołączać do egzemplarza książek: jak się je czyta fizycznie. Wygodnie czy nie, na leżąco czy na siedząco, w domu czy w pociągu. Pozycja czytelnicza mówi też coś o zawartości.
Będę tę monografię recenzować, więc teraz nie zdradzam szczegółów, ale kojarzę kilka splotów. Po pierwsze: Grodno Nałkowskiej całkowicie różne od Grodna Orzeszkowej, widziane trzeźwym, niechętnym okiem. Prowicjonalne, zaniedbane. Miłość do przyrody, u obu pisarek fundamentalna dla typu wrażliwości i z konsekwencjami w tematach i poetyce, nie łagodzi odczuwania szpetoty. Powiem tak: widzę ten prowicjonalny liszaj bardziej niż prowincjonalne piękno. Nałkowska jest mi w tym bliska, co zresztą nie dziwi, w końcu rzecz w zmianach spojrzenia między XIX, XX a – strach powiedzieć! – XXI wiekiem. Drugi drobny splot: pobyt Nałkowskiej w 1930 w Zakopanem i odwiedziny u przebywającego w Sanatorium Akademickim Terleckiego. Och, byłam w tym sanatorium, kiedy znajdowało się praktycznie w ruinie, na początku lat 90-tych, nie pamiętam dokładnie roku. Z okien od wschodu widać niesamowite spektakle porannego słońca nad górami. Romantyczna, by nie powiedzieć: romansowa sceneria. Następny drobiazg – pobyty Nałkowskiej w Wilnie, spotkania w Celi Konrada. No więc wybieram się w październiku na takie spotkanie, nawiązujące do tradycji tamtych. Nie sugeruję, że jestem „jak” Nałkowska, raczej że ta ważna dla mnie pisarka jakoś mnie przywołuje. Są też zacytowane u Kirchner zdania mężczyzn, na przykład Choromańskiego, na temat hipochondrii pisarki. Rzecz w tym, że polegiwanie, narzekanie na ciało, potrzeba zainteresowania samą sobą – to są kwestie znane i u innych pisarek. Virginia Woolf, Susan Sontag na tym opierały część swojej twórczości, Doris Lessing w autobiografii pisze o drzemkach, które pozwalają jej popychać do przodu fabułę. Pisanie jest somatyczne, jak najbardziej. Czytałam ostatnio dzienniki Krystyny Kofty, też dużo w nich newralgii, ukłuć bólu, zapaleń gardła. Nie wypominając nikomu tego, iż arcy-hipochondrykami są pisarze, a także niepiszący mężczyźni. Jednak u kobiet to, jak wszystko, jest od razu widoczne. Tak czy owak – znam ten stan podwyższonej mobilizacji i zarazem niedookreślonego zmęczenia, bólu, nienormalności. Może chodzi o to, że siedzenie przy biurku, choć dziś to często polegiwanie z laptopem, nie robi dobrze ciału? I tylko tyle. W monografii Kirschner uderza mnie potwierdzenie niesłychanego uzależnienia Nałkowskiej od miłości. Jeszcze nie wiem co o tym myśleć, bo właściwie jest to potwierdzenie stereotypu, a pewnie ja bym chciała jakiejś Nałkowskiej wyzwolonej od tych wszystkich zależności, które w swoich tekstach umiała rozmontować. Cóż, może teksty a życie to jednak, nawet w pisarstwie autobiograficznym, dwie różne sprawy? W każdym razie z tego jednego się cieszę: mam zasadniczo inne problemy niż Nałkowska.
Piękne obyczaje
Obudziłam się chora, pogoda fatalna, zapowiadane są upały w Polsce (a na Litwie?), może skończyła mi się cierpliwość, ale:
- Obejrzałam w niedzielę w tvn24 film o „obyczaju” porywania narzeczonych w Czeczenii.
- Przeczytałam w „Polityce” artykuł o Kurdystanie.
- Od rana informacja o prokuratorskiej decyzji uwolnienia Strauss-Kahna (plus, niestety, rasistowskie i antykobiece komentarze na forach. Niestety dotyczy tego, że to czytam).
- Patrzę na migawki z Libii.
Oczywiście, nie jestem ekspertką od żadnej z tych spraw i moje odczucia mogą być uznane za ekspozycję ignorancji. Jednak: nie nazywam obyczajem przemocy wobec kobiet, nawet jeśli jakiś naród stosuje ją zgodnie z tradycją. W artykułach o emancypacji narodów spodziewam się informacji, czy ta emancypacja poprawia sytuację kobiet i czy „społeczność międzynarodowa” w ogóle się tym interesuje, podpisując kontrakty na dostawy ropy, broni, technologii, i czy „eksperci” nie nadużywają słowa „naród”, gdy mówią o męskich konfliktach. Oczywiście nie tak jak w Afganistanie, gdzie Amerykanie przypomnieli sobie o niedoli Afganek we właściwym dla wojny momencie. W szczególności interesuje mnie, czy z moich podatków nie jest kupowana broń, przy pomocy której skłania się kobiety do uległości. W ogóle nie interesuje mnie zmiana, postęp itp., jeśli nie poprawiają sytuacji kobiet. Denerwuje mnie to, że dziennikarze pogłębiają ignorancję przeciętnych obywateli, nie podkreślając różnicy pomiędzy decyzją prawną a boskim objawieniem. W sprawie o gwałt argument wiarygodności kobiety posiada dodatkową siłę rażenia, wystającą poza amerykańskie pojęcie sprawiedliwości. Rezultat tej sprawy będzie i taki, że kobiety skarżące się na molestowanie będą gorzej traktowane niż do tej pory. Obym się myliła, obym miała dziś zły dzień spowodowany chorobą. W sprawie o molestowanie, w której brałam kilkanaście lat temu udział, właśnie procedury decydowały o bezkarności, ale jednak coś się zmieniło: mówimy głośno o problemie wykorzystywania przewagi w relacji profesor-studentka.
W każdym razie to chcę dziś powiedzieć: nie interesuje mnie świat bez kobiet, niczyje piękne tradycje oparte na symbolice i praktyce przemocy wobec kobiet, nie zamierzam być wnikliwa, empatyczna i poprawna politycznie, bo tak się składa, że jestem kobietą.
Kibicka
Poznaję to Wilno bardzo małymi łyczkami, bo i tak głównie siedzę sobie w domu nad rzeką, patrzę na wieże kościołów, wychodzę dziesięć razy na godzinę na balkon, parzę kawę, włączam pustą zmywarkę, dodaję do tego pustą pralkę, przegryzam, zaglądam na fejsa, odpowiadam na pocztę, utyskuję na dodatkowe, małe zamówienia, co to trzeba przeczytać tysiąc ksiąg, żeby napisać 1000 znaków, więc w międzyczasie zarządzam spisem treści „Pograniczy” otwierając jednocześnie lodówkę…. Czyli próbuję pisać powieść. A nie idzie mi, bo pisanie z doskoku, raz na rok, jest utopią. O ile „Bambino” siedziało po prostu przyczajone w komputerze, „Ku słońcu” było łapaniem wątków, opowiadania zawsze powstają od jednego ciosu, o tyle tym razem odklejam się od fabuły. No więc chętnie gromadzę wrażenia do czegoś innego, może czas na autobiografię?
Wczoraj dekowałam się na balkonie, bo byli hydraulicy. Przecudni swoją drogą, choć niepodobni do „Polskiego Hydraulika”. Dwaj starsi panowie, delikatnie, z pewną nawet galanterią odnoszący się do klientki i do rury. Wydaje się, że w Wilnie to po prostu łatwizna językowa, wszyscy po polsku, ale nie. Hydraulicy po rosyjsku, przy czym jeden z pewną trudnością spowodowaną brakiem krtani. Ten rosyjski tak jakoś twardszy od rosyjskiego rosyjskiego, bardziej ku polskiemu skłoniony, ale najważniejsze, że wiadomo o co z rurą biega. Więc ja na balkonie czytam sobie „Książkę twarzy” Marka Bieńczyka i przy rozdziale o wampirach aż mi się chce z kimś pogadać tak między ofiarami, a przy rozdziale o spływaniu po Pribałtyce aż by się wyleciało nad Neris, bo faktycznie jej (niestety brudną) wodą z pewnością właśnie ktoś obok domu wiosłuje i może ktoś znajomy. Panowie odrywają mnie od Bieńczykowych melancholii nieśmiałą prośbą o wiadro, bo na pewno nie zostawią bałaganu. Olaboga! Nic w nich z wampirów, mniej mi z nimi przez balkon straszno niż z niejedną osobą przez hotelową ścianę, o zapachu alkoholu w ogóle nie ma mowy.
A potem dowiaduję się pewnej rzeczy o własnym nieczytaniu znaków. Otóż miejscowy hipermarket sieciowy (chyba o zasięgu lokalnym) proponuje klientom karty. Można by sądzić, że są to karty na zniżkę lub coś takiego. No więc okazuje się, że w ramach karty można pobrać zdrapkę, wygrywając akcesoria kibicowskie w związku z Mistrzostwami Europy Mężczyzn w Koszykówce 2011. Na ulicach widuję mnóstwo oflagowanych samochodów, a najciekawszym gadżetem jest coś w rodzaju pokrowca w barwach narodowych na lusterka zewnętrzne. Wygląda komicznie. W każdym razie kupując chleb zostałam nieświadomie kandydatką na kibickę narodowej drużyny litewskiej. Podobno w tej loterii jest bingo, można trafić, ale nie wiem co. Może sztuczne włosy w barwach Litwy, zakończone rogami? Z wszystkich akcesoriów wystawianych w sklepach te włosy wydają mi się najbardziej praktyczne. Ogrzeją, ochronią, upiększą i są widoczne z daleka, zapobiegając niekorzystnemu odstawaniu od tła.
Nida po roku
Nida w zeszłym roku była swojską, północno-wschodnią utopią. Upalna, pusta plaża, aż nie do wytrzymania jasna, obraz przypominający zarazem raj, jak go mogli wyobrażać sobie mieszkańcy nadbałtyckich krain, i film katastroficzny w egzystencjalistycznym wykonaniu. Gdzieś jeszcze przed chwilą byli wszyscy, a teraz ja i woda. W tym roku pierwsze trzy dni też niemal takie, chociaż woda w Bałtyku nadmiernie orzeźwiająca, a wiatr i fale nie pozwalały roić o pustyni. Od wtorku leje, przez panoramiczne okno jadalni można obserwować (powiem szczerze, mam skojarzenie prymitywne – jak w telewizorze, brakuje głosu Krystyny Czubówny) przeloty czarnych kormoranów, mew, jaskółek i kto wie jakich jeszcze (ja nie, nie znam się na ptakach) gatunków, korzystających z przerw w deszczu i chyba myślących powoli o odlocie. Imponujący widok, zwłaszcza jaskółki chmarami pikujące w trzcinę na brzegu Zalewu Kurońskiego, trudno sobie wyobrazić, że wszystkie się tam mieszczą, są jak szarańcza, ale piękne. Kormorany bardziej poetycko-majestatyczne, przysiadają obok kaczek, drobnicy ptasiej i nie walczą między sobą tak krzykliwie jak mewy. Dlaczego mewy gromadzą się, skoro zarazem są gotowe pożreć żywcem tę, która ma w dziobie rybę? Skoro walczą do upadłego o pożywienie, może ewolucja powinna z nich robić samotniczki? Im ich więcej, tym skuteczniej odstraszają inne ptaki i mogą wobec tego zagarniać łowisko, żerowisko i chronić młode, oczywiście. Przypominamy mewy. Walczymy o żer, a nie umiemy być samotni. Wakacyjna filozofia, za oknem deszcz, kupiony w hipermarkecie płaszcz przeciwdeszczowy nie nadaje się na tę pogodę, wiatr unosi go nad głowę. Kanadyjska kurtka waterproof też nie daje rady, chociaż Bałtyk nie ocean.
Trafia mi się tu niesamowita gratka, coś specjalnego dla fanki serialu „Hotel Zacisze”. W pensjonacie głównie Niemcy, paru Rosjan, od wczoraj Polacy przez ścianę, co wprowadza autocenzurę. Śniadania z widokiem na zatokę są boskie, ale już rano gospodyni występuje z przyjacielską przemową mającą na celu produkcję tego czegoś „gemütlich”, co tak często sąsiedzi przywołują w konwersacjach stolikowych. Wszystko temu służy: firanki, kwiatki, menu, słowa. Kolacja, którą lepiej zamówić, bo do centrum osady jest dość daleko, a z powodu deszczu wszyscy chcą jeść w tej samej, jedynej dobrej restauracji, więc trudno liczyć na wolny stolik.
Co wieczór kolację wieńczy sznaps nalewany z czegoś wyglądającego jak torebeczka do kościoła. Mnie już pani omija, niechęć do sznapsa połączona z absolutną niemożnością zjedzenia obliczonej na innego turystę porcji ustawia między nami dystans. Wczoraj wieczorem wybuchła bomba. Bo po drugiej kolejce gospodyni przeszła do składania życzeń: dobrych powrotów, częstych nawrotów, dzień dobry nowym, smacznego, dobrego, zatańczmy Polkę. No i jeden z gości niemieckich, chcąc się przypodobać, powiedział „dziękujemy”. Zapadła cisza, bo to „dziękujemy” przypasowało jak pięść do nosa, wyrąbało dziurę w miękkim podłożu „gemütlich”, a rąbanie w miękkim wydaje się cokolwiek oksymoroniczne czy nawet wariackie. Ale padło, a pani nasza gospodyni jest bystra, jest Basilem Fawlty a rebours, zawsze w formie, idzie od stolika do stolika pytając o odczucia względem potraw, więc i tym razem, po kilkusekundowym, lecz wyczuwalnym, przydechu, wraca do siebie i do nas.
- „Dziękuję” to nie po litewsku – mówi – ja nie umiem, ale mamy gości z Polski, mogą nam ładnie powiedzieć po swojemu jak brzmi „danke schön”.
Co za nietakt, taka pomyłka. Tak się turystom kładzie do głowy specyfikę narodową, mówiąc do nich w ich języku, a oni witają się w Czechach po polsku, w Polsce po czesku, na Ukrainie po rosyjsku. Ale na Litwie po polsku….
Nasza gospodyni, swoją drogą, ma na imię Grażyna.
Bo mogą
Nie wiem co to jest, rozmawiam z Olgą Byrską a propos poprzedniego wpisu i mam objawy kaca-giganta. To znaczy, boże broń, nie od rozmawiania z panią Olgą, ale od tematu picia. Pamiętam taki objaw w pierwszych latach abstynencji: zataczałam się w pobliżu lokali z wyszynkiem. Zagadki mózgu. Tak więc mam opóźnienia w pisaniu i wyrzuty sumienia w związku z tym. A może to nie kac, ale reakcja na ślub syna? Bo u progu wakacji mój Kamil zawarł związek małżeński. Bardzo pięknie prezentowali się z Kasią, wszystko się udało, ale nie ma co: dziwnie mieć dorosłe, ożenione dziecko. Może jeszcze coś o tym napiszę, a może zamienię to uczucie w rozdział powieści. Nie fakt, uczucie, wyznaję zasadę ekwiwalentyzacji autobiograficznej. Póki co wolę wymyślać bohaterów niż opisywać siebie.
Na początku wakacji przeczytałam „Trans” Manueli Gretkowskiej. Pierwsze sto stron podobało mi się bardzo i pod każdym względem. Sam gest napisania powieści z kluczem ważny w tym przypadku, transgresyjny co się zowie i uwalniający. Jasne, kobiety piszą takie powieści-odpłaty, ale zwykle ulegają wówczas żywiołowi autobiograficznemu i w rezultacie te teksty stają się raczej dokumentami bezradności niż literaturą. U Gretkowskiej wszystko spięte, dobrze skonstruowane; znaczące motywy, kapitalne obserwacje, odwaga (co w ocenie tej pisarki byłoby banalne, gdybym pisała recenzję, w blogu mogę sobie pozwolić na banał), wiwisekcja, brak taryfy ulgowej w stosunku do bohaterów męskich i narratorki. Od połowy przestało mi się podobać, bo skręca ku wykładowi psychologicznemu, zbyt jednoznacznemu na mój gust. Wyjaśnienie, iż bohaterka uzależnia się od mężczyzn, gdyż uzależniona była od ojca, a bohater czyli Andrzej Żuławski nie umie budować relacji, jako że nie zaznał takich w dzieciństwie jest może i słuszne, ale spłaszcza perspektywę. Oczywiście rzecz w tym, że ja mam sceptyczny stosunek do nurtu psychoanalitycznego, w ogóle do wszelkich terapeutycznych prawd psychologicznych, więc stawiam opór takim wyjaśnieniom. Jakoś czuję w nich zwolnienie z lekcji. Obejrzałam ostatnio film „Osiem milimetrów” Joela Schumachera, który niegdyś zrobił na mnie wrażenie (teraz mniejsze). Obejrzałam, ponieważ przygotowujemy numer “Pograniczy” poświęcony współczesnemu barbarzyństwu i chciałam sobie przypomnieć jak te wątki opowiada mainstreamowe kino. Inna rzecz, że i Szamanka duetu Gretkowska-Żuławski wymagałaby tu uwzględnienia, ale o kinie ostatecznie osobno nie napiszę, chodziło mi zaledwie o kontekst dla takich teoretycznych rozważań, które podsumowuje książka Lindy Wiliams Hard Core. Kobiety, przyjemność i “szaleństwo widzialności”, czy dla tezy Nathana Constantine’a z książki Historia kanibalizmu. Film Schumachera w tonie sensacyjno-pedagogicznym,typowym dla mainstreamu filmowego, udziela odpowiedzi na pytanie: dlaczego to robią (zamawiają zabijanie, żeby mieć filmy dla „koneserów”, co jest waraintem pytań o naturę ludzka i jej skłonność do folgowania podszeptom barbarzyństwa) brzmi: bo mogą. „Mogą” lokuje się wewnątrz nas i w otoczeniu społecznym; w wewnętrznej i zewnętrznej normie. Ta prosta odpowiedź budzi niepokój, zinterpretowana moralistycznie mogłaby zaprowadzić nas do zakazu tego i owego, ale pasuje do relacji damsko-męskich. Dlaczego mężczyźni ranią, wykorzystują, odrzucają, okaleczają kobiety? Bo mogą. Mężczyźni w pozycji autorytetu cieszą się przywilejem posiadania i krzywdzenia kobiet. Założenie, że sprawia im to ból, że faktycznie stanowi pogłos doznanej krzywdy zwalnia ich z tego „mogą”, którego zdiagnozowanie wymaga uruchomienia genderowego instrumentarium. Pamiętamy wszyscy „Nagi instynkt”. Możliwość, iż kobiety mogłyby postępować podobnie, brać sobie mężczyzn, seks, władzę, rodzi panikę.Vagina dentata jako atrybut kobiet wchodzących na rynek pracy.
Podczas lektury „Transu” myślałam o doświadczeniu bohaterki w kategoriach pokoleniowych, bo to moje pokolenie. Tak, kiedy miałam 20 lat to było ustawione jednoznacznie. Faceci rządzili, a jednocześnie seks wydawał się przywilejem, domeną wolności. Takie wzory podsuwało nam zwłaszcza kino, po prostu miałyśmy obowiązek być dostępne. Bohaterka zdradza kochanego męża. Dlaczego? Bo może, a zarówno popkultura, jak i kultura alternatywna podsuwa jej ten wzór. Moim zdaniem ojcowie stanowią tylko jedną z cegiełek tej układanki, a dzieciństwo tylko etap treningu.
Poza tym kapitalna historia zęba. Też jestem ofiarą stomatologii lat 60-tych i 70-tych. U mnie „nie odkryli” wrośniętego w dziąsło zęba. Teraz, po 40 latach od wymiany mleczne-stałe, mogłabym stwierdzić, że mam jak znalazł, gdyby nie to, że to znalazł oznacza operację szczęki. Ba, przezwyciężanie przeszłości bywa bolesne.
Śmierć , alkohol i koszula
Nareszcie w Wilnie. Samolot wieczorny odwołany, więc wracam w deszczu do domu, przepakowuję walizkę (uznałam podczas pierwszego podejścia do niewylotu, że za duża), zostawiając stos fajnych rzeczy niezbędnych i dorzucając jednak książki do czytania w miejsce własnej książki o Tyrmandzie. Od pół roku odkładam napisanie niewielkiego artykułu do GW o tymże, nie wiem skąd we mnie ten opór, może rzeczy z gatunku niekoniecznych po prostu już się przelały?
W samolocie podstawowe wydanie GW, a w nim zapowiedź artykułu w DF, więc kupuję na lotnisku, bo temat niepokoi. Zanim zacznę czytać, przeglądam Internet i felieton Tomasza Piątka na temat śmierci Amy Winehouse wraz z wpisami niechętnie odnoszącymi się do uzależnieniowego narcyzmu. Cóż, lecę do tego Wilna w stuporze, chociaż zagaduje mnie młoda dziewczyna wyraźnie zadowolona ze sprawności swojej angielszczyzny. Nie mogę się przełamać, pomagam jej odplątać bransoletkę z zamka torebki drżącymi rękami. Co sobie myśli? Że lecę na nią aż dostałam drżączki? Nie lecę, poza tym, że lecimy razem samolotem. Odlatuję w inne miejsce.
Te dwa teksty i fakty – Piątek o Winehouse, Iza Klementowska o Łukoszu wiąże temat uzależnień i konsekwencji. Tekst Klementowskiej budzi mój opór, ponieważ jakoś mi się wydaje, że jej bohater nie chciałby pokazywać się światu jako osoba zapominająca o codziennej higienie. Poza tym nie jestem pewna, czemu tekst służy – jest ciekawostką o kolejach losu, o cenie płaconej za zdolności? Apelem w sprawie udzielania pomocy wyrzucanym przez chorobę za burtę? Portretem człowieka? Wypowiedzią na temat zagrożeń niesionych przez sztukę? Mimo wątpliwości dotyczących prawa do pisania o kimś, kto nie ma w momencie tegoż pisania możliwości postawienia weta, chcę zanotować wspomnienie ze spotkania z Jurkiem.
Przed rejsem Odra-Ren znałam go dość luźno, także jako autora „Pograniczy”, zapraszanego do Szczecina na spotkania. Jako współbiesiadnika, oczywiście; poznałam nieco lepiej podczas rejsu pisarzy. Ja już wówczas nie piłam. Pierwsza duża impreza literacka bez pomocy alkoholu, prochów, innych uciech. Męczyła mnie konieczność ciągłego przebywania z ludźmi, chodziłam wcześnie spać, prawdę mówiąc męczyły mnie zwłaszcza etapy rejsowe, gdy zamknięci na statku powinniśmy byli właśnie pić i gadać, a ja bez picia nie miałam zbyt wiele do powiedzenia.
W Zielonej Górze mieszkaliśmy w hotelu sieci, której nienawidzę, gdyż sypiałam w bliźniaczym w Gorzowie, jeżdżąc tam do pracy i biorąc wieczorami środki nasenne, żeby przeżyć. Przy winie Jurek mówił o pożytkach płynących z wypicia butelki wina. Dla serca i umysłu. Jak my wszyscy, pijący. Bardzo nam dobrze wino robi na serce, aż wysiądą wątroby, wtedy wolimy łagodnie zaczynać od regionalnych marek piwa. Gdyby pierwsze wysiadło serce, robimy odwrót od brandy ku winu. No więc rozmowa toczyła się miło o uwodzeniu, winie, trudnościach ze snem i Tomaszu Mannie. Po południu poszliśmy szukać sklepu, żeby kupić koszulę. Asystowało nas kilka Jurkowi kupującemu koszulę na spotkanie autorskie, miał je mieć bodaj następnego dnia już po niemieckiej stronie rejsu. Jako erudyta mówiący pięknym niemieckim miał nade mną przewagę. Zazdrościłam mu pewności siebie, choć widziałam także jak na dłoni tego robaka, którego nosił w środku, bo zalewałam podobnego, tłustego potwora, całymi latami, odkąd pamiętam.
Mój boże, kupił koszulę. W artykule czytam, że przed chorobą był pedantem. Z opisu wynika, że jest nim nadal, w inny sposób. Może, gdyby oprzytomniał, odzyskał pamięć, spodobałoby mu się to, że został przedstawiony jako bohater tragiczny, jednak na pewno wolałby zobaczyć tego bohatera w dobrze dobranej koszuli. We wspomnieniach z alkoholowych psychoz ten aspekt, aspekt upadku ciała, boli bardzo.
Solidaryzuję się z Tomaszem Piątkiem. Tak, nikt kto tego nie zwalczał nie wie, jak to tkwi w człowieku do końca życia. Tak, można na pożegnaniu z nałogiem zbudować sobie narcystyczny łuk i wybijać się na nim ponad innych, niezrzeszonych w tym doznaniu, do końca życia. I co? Nie wolno? Czy to tak dużo? Są tacy, którzy umierają wskutek nadużycia. Mam taką listę krewnych i znajomych. Wylew, zawał, wypadek. Przed czterdziestką. Inni, którzy zamęczają otoczenie. Jest kultura konsumeryzmu wzmacniająca pijaństwo. Ten cały kult wina, ta gadka o walorach wody do produkcji piwa. Te drinki przenoszące w krainy szczęśliwe. Te farmakologiczne raje dla radzących sobie świetnie z życiem. Te niekończące się terapie za grubą kasę. A jeśli powiemy po prostu: odpierdolcie się, ledwo uciekłam grabarzowi spod łopaty i teraz was ostrzegam, nie śmiejcie się tak głośno nad tą flaszką poprawiającą waszą atrakcyjność seksualną i rozwiązującą problemy rodzinne/społeczne/emocjonalne/zawodowe? To co? Za dużo?
Zawody artystyczne są oczywiście obciążone ryzykiem. Nie trzeba być gwiazdą popkultury. Wystarczy pisać do periodyku literackiego, pracować na uniwersytecie. Mamy relatywnie więcej od innych okazji do siedzenia i gadania przy alkoholu. Samoświadomość czyni upadek bolesnym i otwiera bramę do zapijania/zaćpania kaca moralnego. Autoironiczno-tragiczny sznyt każe się czołgać zamiast rezygnować. Łatwiej jest opuścić pracę – w korporacji, szkole, urzędzie, fabryce absencje w tych okolicznościach są od razu widoczne. Łatwiej jest się zabijać będąc młodą uczoną niż księgową, chociaż w każdym zawodzie znajdzie się sposób, gdy nosimy w sobie ten mrok, czy gen, czy słabość – wszystko jedno jakie wybieramy motywacje. Jedyne co można zrobić, to obsesyjnie wpaść w abstynencję i czasem tym stanem pomęczyć otoczenie. Nie w imię tego, że jesteśmy jacyś świetni, lepsi, ale choćby w ramach daniny składanej tym, którzy nie dali rady, no i pozostałym. Tym, którzy w pogardzie mają mięczakowate zamykanie się w pokojach hotelowych, podczas gdy w najlepsze trwa zabawa. Tak, boli. Tak, strasznie w sobie to lubię. Martwię się o każdego, kto mi tłumaczy, jakie zdrowe jest wypicie paru kieliszków. Jasne, mój problem, inni nad tym panują. Oczywiście, jestem nudna. Oczywiście.
Berlin, nie Aleksanderplatz
Urlop się zaczął, tymczasem przygotowuję się do ślubu syna, więc jeszcze nie ruszam z laptopem na podbój własnego umysłu, czyli pisać, pisać, w przerwach pisząc. Zaledwie kilka kilkustronicowych zobowiązań do czwartku, niemal posucha, niemal pustka, niemal dno bezdenne. Więc na weekend do Berlina, na jedno spotkanie, mały interes (nie, nie finansowy) do załatwienia, a przy okazji – zażyć miasta. Jak zwykle jest to dla mieszkanki teoretycznie pogranicznego Szczecina terapia szokowa, trudno uwierzyć, że o dwie godziny od ponurego, pustawego, zielonego, rozkopanego miasta, gdzie dyskutuje się o inwestycjach w centra handlowe i dotowaniu wydarzeń kulturalnych w wysokości do pierwszego miejsca przed przecinkiem, żyje sobie i wariuje od nadmiaru ten sam Berlin, który był raną powojennej Europy. No ale bez dywagacji prowincjonalnej nauczycielki, sama siebie grzecznie proszę. W każdym razie Berlin, nie Aleksanderplatz.
Pierwszego wieczoru idziemy do klubu Zimmer16, gdzie w ramach festiwalu Pankower Klezmertage spektakl (występ?) „Di Goldene Pave” duetu z Hamburga (śpiew i recytacja Björn Klein, gitara Maximilian Meeder). Znajoma z USA powiedziała ostatnio coś takiego: „Znajoma z USA powiedziała mi ostatnio, że wizyta w Polsce to jak wielka Bar Micwa, nic tylko „Skrzypek na dachu” i klezmerskie występy”. No więc ja też nie przepadam za cepeliadą, nieważne jakiej etnicznej proweniencji. Ale ten spektakl owszem, owszem. Mili chłopcy, śpiewak o bardzo plastycznej twarzy, wyrażającej sporo poza językiem. Opowiadał także wice. No i ten ze złotą rybką. Oto Mosze złowił żydowską rybkę i prosi ją najpierw o pałac, jak zawsze. Ale nie może się zdecydować, więc mu rybka daje szansę na alternatywne życzenie. A Mosze chciałby takiej żony, która zawsze będzie chętna. I tu rybka-mędrzec znajduje wyjście: należy postawić zamek w Polsce. No to nieźle, jeśli Polki mają taką opinię, to ja się cieszę, chociaż nie miałam okazji akurat w Berlinie tej opinii podtrzymać. Nie zawalczyłam o honor narodowy.
Następny wieczór spędzamy w Haus der Kulturen der Welt na festiwalu Wassermusik 2011. Hmmm. Najpierw grupa meksykańska Hamac Casiim, potem muzyka pustyni w wykonaniu Group Doueth. No trochę trudne językowo, a muzycznie nieco monotonne. Domyślamy się tylko, czy grupa meksykańska śpiewa przez godzinę to samo, czy to taka struktura muzyczna odmienna od znanej nam, bardziej, by tak rzec, konsekwentna. Co do pustyni, najwyraźniej idą długo i wody szukają, a moim zdaniem znajdują jakieś CD z europejsko-amerykańskim graniem. Tak więc etnicznie i w ogóle, publiczność taka bardziej alternatywno-mieszczańska, co tylko w Berlinie nie stanowi sprzeczności, w ogóle pachnie wolnym czasem, dostatkiem (bo na bilet się nie żałuje), z pobliskiego parku dolatuje zapach dymu z tureckich grilli. Pijemy piwo i dowiaduję się przy okazji, że mężczyzna z NRD nie używa otwieracza, to by było „viel zu viel”. I strasznie mi się to podoba, w ogóle to NRD twardo trzymające fason między całym tym dekadenckim Multi-kulti, w tej zalewie z napisami „my gawarim po ruski”. No tak, ale nie po „zeteseerowski”, bynajmniej. To tylko rosyjski, w którym mówią do Słowian najęci do roboty słowiańscy sprzedawcy. A od młodej koleżanki berlińskiej, urodzonej tu, słyszę, że doznawała już w przedszkolu wykluczenia, że nie ma tożsamości, co nijak się ma do gazetowych zachwytów nad płynną tożsamością, bo tu wcale nikt nie zrzeka się przywileju bycia u siebie, bycia sobą, o nie. Nawet te rozpuszczone dzieciaki z małych miast w głębi Niemiec, wprowadzające się do wschodnioberlińskich kamienic, czują się bardzo „w”.
No więc to nasze, enerdowskie i polskie, ale i innowiercze pochodzenie „nie stąd” istnieje. A mity wielokulturowości jak to mity. Natomiast twardy enerdowski kurs podoba mi się. Lalusie z zachodu niech sobie używają otwieraczy.
Poza tym odnotowuję, że w Berlinie największa popularnością cieszą się amerykańskie knajpy. No i w sumie ok., też lubię. I dosyć mam tego ogólnowojskowego stylu azjatyckiego, zwłaszcza oczywiście w fatalnym wykonaniu polskim.
Ale gastronomia to też dla lalusiów, więc nieco poważniej. Coś takiego jest, czuję to zawsze, że osoby pochodzące z tzw. „obozu wschodniego” mają tę wspólnotę doświadczenia, która izoluje od pozostałych. To zapewne pokoleniowe, my nie musimy sobie nawzajem za wiele tłumaczyć, najwyżej wymieniać ekwiwalenty składowych tamtej rzeczywistości. Kto nie zaznał, nie zrozumie. Też jestem twarda, nie potrzebuję otwieracza, chociaż nie potrzebuję także piwa. Tak, właśnie, PRL tak mnie załatwił, że obywam się. Niezbędnik mam szczupły, listę potrzeb zredukowaną. Jasne, jasne. Jeżdżę samochodem itd. Chodzi raczej o potrzeby psychiczne, o gotowość i zwarcie. Tak, to wyniosłam z PRL. Ratując się stamtąd, przygotowałam plecak jak żołnierka i jakoś trudno mi teraz przestawić się na różowa walizę, chociaż nie powiem, że nie czuję pokusy.





