Zlikwidowanie “Pograniczy”.
Poza informacją o wysokości budżetu – zgadza się
O 16.00 w lutowy czwartek, po przyjściu z pracy, sprawdziłam maila, facebooka, swój blog, swoje konto, wiadomości ze świata i w końcu stronę Instytutu Książki. „Pogranicza” na krótszej liście dofinansowanych, w bardzo świetnym towarzystwie. Na dłuższej liście niedofinansowanych wiele pism zasłużonych, powstałych w czasie swoistej „wiosny czasopiśmienniczej”, która nastąpiła po 1989 roku. Od tego czasu jedne tytuły upadły, inne powstały, odbyto dziesiątki, a może setki debat, paneli, dyskusji na temat tego, jak umiejscowić, opłacać, dystrybuować niskonakładowe, często regionalne gazety, jak pogodzić politykę, rynek, zmiany kulturowe z upartym dążeniem środowisk intelektualnych i artystycznych do posiadania swojego forum.
Tak, niskonakładowe pismo jest anachronizmem, więcej czytelników może zdobyć e-periodyk. Tak, takie przedsięwzięcie wypala znamię na obrazie samofinansującej się kultury w czasach rynku. Tak, skoro mamy mało czytelników, warto pomyśleć o zmianach. Nie, regiony, środowiska i nisze nie mogą zostać wchłonięte przez centrale, mainstream i kulturę masową. Nie powinny. Student trzeciego roku ze swoim szkicem o tekstach hip-hopowych nie pójdzie do Telewizji Polskiej, w której nie zobaczymy także relacji z jubileuszu zasłużonej, miejscowej poetki. Ten staroświecki sposób produkowania kultury, czyli zadrukowywanie papieru, sprawdza się tam, gdzie inne formy nie mogą dosięgać, bo im za daleko, za trudno, za mało, za nieważnie, za niedochodowo.
Regionalni działacze, urzędnicy, dysponenci środków uwierzyli bardziej od polskiego rządu w to, że na wszystko powinna dać Unia, że trzeba starać się o fundusze na własną rękę. Prawda jednak jest taka, że Unia (traktowana tu jako byt symboliczny, ucieleśniony w rozmaitych dostępnych programach wspierających i strukturalnych) nie „daje” na podstawowe działania w kulturze. Można dostać wsparcie na specjalny numer pisma poświęcony przekładom z ….na…., jednak nie można dostać na systematyczne prowadzenie działu recenzji. Trzeba zrobić dodatkowy cykl spotkań, ale nie można zapłacić za ogrzewanie redakcji. Należy wnieść wkład własny, jednakowoż kto ma wystarczający wkład ze sprzedaży? W tej sytuacji samorządy lokalne powinny mieć świadomość, że albo chcą wspierać niedochodowe pisemko, zabierając jakiś 1% jednej z tandetnych imprez masowych i dbać tym samym o kapitał kulturowy, albo niech przynajmniej nie udają, że są mądrzejsi od nieudacznych redakcji, które mogłyby, tylko nie potrafią, sięgać po dostępne środki.
W tej sytuacji Instytut Książki podtrzymuje lub dobija periodyki kulturalne. W tym roku „Pogranicza” zostały uratowane. Ściślej mówiąc: lek znajduje się w drodze, bo jak napisałam powyżej: byt pisma pozostaje zawieszony, iluzoryczny, niepewny, postmodernistyczny. Jeśli potwierdzi się istnienie wydawcy (choćby w stanie likwidacji), kasa wpłynie. Jeśli nie, wciągnie nas wir niebytu, gdzie mielą się winiety, teksty i twarze, a masa z nich powstająca jest coraz większa i coraz bardziej przeraża.
Jestem oczywiście wściekła, choć nie pierwszy raz mam z tym pismem trzy światy (minus trzy światy?). Może nawet dałabym się przekonać, że nie warto, nie należy, czas pogodzić się z zaszłą w świecie zmianą, jednak tym razem sytuacja jest wyjątkowo dziwna. Jakbyśmy wybierając tytuł wywróżyli ciągi dalsze: bycie na pograniczu, między istnieniem i nieistnieniem, między przekonaniem o ważności roli takich pism a kacem po deprecjonujących opiniach osób nieczytających niczego.
Bo dziś jest tak, że o potrzebę wydawania czasopism kulturalnych pytamy ludzi, którzy prywatnie czytają „Galę”. Zwracam się więc do Was, czytających prześwietne „Książki w Tygodniku” z apelem o to, byście nie dawali sobie wmówić, że człowiekowi do życia potrzebne są tylko te wartości, które się dobrze sprzedają, dobrze wyglądają w tabelkach aplikacji do eksplikacji. Stare nawyki jak czytanie, gadanie, oglądanie, pisanie, granie, malowanie i co tam jeszcze pamiętamy nie są gorsze od internetowych kompulsji i od słusznego trendu kultury dla każdego, który w rezultacie może okazać się wielkim niczym. Jeszcze zobaczymy co jest bytem, a co dotacją.
No i widzimy. Na koniec powiem tak: choć kokietuję małym poczuciem realności, dobrze wiem do czego to zmierza. Niestety, zwykle mam rację.
Trackback'i i Pingback'i
- How To Get Rid Of Hormonal Acne
- Coupons Grocery
- Printable Swiffer Coupon
- Solar Outdoor Lights
- Great Clips Coupons San Antonio
- reverse mortgage lender
- reverse mortgage scam
- music city bowl 2010 video
- Arsenal vs Aston Villa Live Stream
- uv bacteria
- www.prioritycashadvance.com payday
- Iraqi Dinar News, Dinar News
- sportsbook betting
- เกมส์รถแข่ง 3d
- What is the iPhone 5 Price?
- เกมส์ต่อสู้ นินจา
- เกม ทําอาหาร
- เกมทําอาหาร เฟส
- High Quality Facebook Fans






Szanowna Pani profesor,
Nie wiem czy słyszała Pani o piśmie młodzieżowym “Maski”. Nasza gazeta też miała dostać wyższe finansowane z budżetu miasta, które zostało obcięte. Jednak to, że nie ma pieniędzy na Pogranicza, to już faktycznie coś jest z kulturą nie tak.
Jednocześnie chciałbym powiedzieć, że wysłaliśmy Pani zaproszenie na debatę i będziemy zaszczyceni, gdyby chciała Pani przyjść.
Z Poważaniem
Amadeusz Przezpolewski
Gazeta Maski Amadeusz Przezpolewski(Cytuj)
Proszę o informację o debacie,bo z korespondecją może być różnie. Pozdrawiam Inga Iwasiów(Cytuj)
Kultura Kulturze! Ratunek widzę taki: Dogadać się z jakąś Dodą, Marylą albo Budką Suflera, która będzie grać na Dniach Szczecina, Dożynkach w Darłówku lub Dniu Strażaka w Międzyzdrojach, że przekażą 10, 15 % dochodu z koncertu na rzecz dwumiesięcznika. Myślę, że taki gest, który Doda, Maryla czy Budka by wykonała, opłaciłby się gwieździe, gdyż stałaby się Promotorem Kultury 2012, a rzeczoną kwotę dobroczyńca odpisałby sobie od podatku. Proponowane 10, 15% wystarczyłoby pewnie na dwa lata funkcjonowania czasopisma. Nikt nie prosi przecież o cały dochód z koncertu, co zapewniłoby bezpieczne istnienie “Pograniczy” pewnie przez ćwierć wieku! Petrowicz(Cytuj)