Marzenia? tajemnice?
Przeczytałam wczoraj „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy, czas najwyższy, wszyscy już o tym powiedzieli co chcieli, a ja nie miałam czasu. Teraz też nie napiszę o wszystkich aspektach tej opowieści. Prawdę mówiąc wiele entuzjastycznych wypowiedzi uważam za mocno przesadzone, choć sam akt ogłoszenia swojej wersji zdarzeń przez żonę i symboliczną Matkę Polaków zasługuje na szacunek. Nie mogę się powstrzymać przed skomentowaniem rynkowego pomysłu na tytuł. Jakie tajemnice? Szczerze mówiąc stopnia powściągliwości nie powstydziłby się dwór angielski. Marzenia? Jedno: wyjechać z rodzinnej wsi, żyć w mieście. Bardzo ciekawe jako głos drugiego pokolenia powojennych migracji. Historia tego marzenia byłaby zastanawiającą historią reprodukcji modelu rodziny, z której bohaterka się wywodzi, gdyby nie cud, jaki przyniosła historia. Po pół roku w Gdańsku Danuta jest żoną Lecha, potem co dwa lata rodzi dziecko. Czy to było to marzenie? Opowiadająca w oszczędnych frazach daje do zrozumienia, że bliskość z mężem – jeśli istniała – rozmyła się. Smutne to spełnienie.
Z wątków politycznych najciekawszy, a właściwie jedyny jakoś się rysujący, jest wątek roli Kościoła w wydarzeniach historycznych i w życiu rodziny Wałęsów.
Zaciekawiła mnie też jedna jeszcze kwestia, właściwie niby drugorzędna. Danuta Wałęsa wspomina momenty prezydentury, gdy opinia publiczna zarzucała Wałęsie rozrzutność, opowiada także o własnych zajęciach, przygotowaniach do wizyt zagranicznych, przyjmowaniu gości. Podkreśla, że nie miała doradców, stylistek, nawet sekretarek.
Tamten świat wyłania się z dokumentów o Okrągłym Stole. Wyłania się z filmu „Obywatel Havel”. Marne garnitury, byle jakie fryzury, garsonki z seryjnej produkcji. Potem wszyscy szczupleją, opalają się, równają do opowieści o „stylu” księżnych i małżonek. Na powierzchnię wychodzą doradcy i trenerzy. Już nie znawcy protokołu dyplomatycznego, lecz styliści i masażyści od komunikacji pozawerbalnej. Tamten czas – czas prezydentury Lecha Wałęsy – jawi się jako okres niewinności.
Jasne, zawsze polityka była grą. Po drodze stała się grą pozorów, przesuniętą ku salonowi mody i Spa. Nie chodzi mi o to, by politycy występowali w swetrach a ich żony z oczkiem w pończochach. Niegdyś ktoś mi opowiadał o oczku w pończosze Raisy Gorbaczow – o tym, że było ludzkie, reporterzy robiący zdjęcia tak, żeby było je widać nieświadomie (wówczas) znieśli dystans między carową a ludem. Nie chodzi mi o te oczka i swetry, ale o zgodę na to, żeby zasłona dymna reguł komunikacji i stroju zastępowała ocenę faktycznych działań polityków. W jednej ze scen w filmie „Obywatel Havel” prezydent niezręcznie przeczesuje włosy małym grzebieniem, w innej współpracownik otrzepuje mu kołnierz z łupieżu. Daję się nabrać? Dawałam się nabrać na długopis Wałęsy, wzruszał mnie jak wszystkich. W latach dziewięćdziesiątych wyciekła resztka tamtego świata, teraz wszyscy są tak samo ulizani, dziennikarze informują nas jak ważne są buty polityków, a w telewizorze możemy pobrać naukę w sprawie stylu od byłej prezydentowej. Zasłaniają się przed nami tą poprawnością i „elegancją”, więc ich bardziej podejrzewamy i łatwiej sprowadzamy do poziomu brukowców.






Trackback'i i Pingback'i