Przejdź do treści

Anna Augustynowicz

niedziela, 18-12-2011

Wzięłam wczoraj udział w „Panelu krytycznym”, kolejnym punkcie programu jubileuszu Anny Augustynowicz „Dwadzieścia lat po Klątwie”. Program całości imponujący, przypomniane spektakle szczecińskie i robione na wychodźstwie do stolicy i Gdańska, a także te z Teatru Telewizji. Poza tym konferencja, książka, muzyka, trzy dyskusje. Jak się należy, nieakademijnie, lecz godnie. „Jak się należy” to w tym przypadku nie frazeologizm, ale szczera prawda: Annie Augustynowicz należy się od miasta taka artystyczno-intelektualna feta w mieście, z udziałem krytyków i artystów z Polski. Pomyślałam o tym także wczoraj, podczas dyskusji. Pierwsza wymiana zdań – od kiedy datować nowy teatr w Polsce? Czy od premiery „Młodej śmierci” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie? Pomińmy „prawdę” słownikową, słowniki tworzą autorzy słowników. Nie chodzi o to, kto był „naprawdę” pierwszy, Warlikowski, Jarzyna, Cieplak, czy może Augustynowicz. Jest argument za Augustynowicz – sięgnęła po współczesny tekst i kontrowersyjny temat, za nią szli inni, zwłaszcza  młodsi. Najgłośniejsi artyści lat dziewięćdziesiątych chętnie  zaczynali  od przepisywania i dekonstruowania klasyki, co wiele mówi o kanoniczności i niekanoniczności działań artystycznych. Powiedzmy sobie szczerze: klasyka niesie artystę, mierzenie się z Szekspirem, Sofoklesem, Słowackim, Wyspiańskim zwraca na spektakl uwagę. Tak jak tworzenie w Warszawie, jak przymieszka ekscentryzmu, jak branie udziału w dyskusjach, jak walka na teatralnej agorze o wpływy.

Jasne, inni z tej generacji bywają pozasystemowi i w tym sensie, że opuszczają najwyższą półkę z dramaturgią światową, a Augustynowicz nie stroni z kolei od klasyki. Można się ścigać na wystawienia modnych tekstów, na przyswojenia obcojęzycznych – w obu dziedzinach Jubilatka ma zasługi.

Ważniejsze wydaje mi się, że Anna Augustynowicz rozpycha ten centralistyczny słownik, z jakim mamy wciąż do czynienia i wprowadza Szczecin na teatralna mapę Polski. Czyni to, dodam, jako kobieta, a anegdota o „reżysereczce” (wariant powtarzanych przez starsze i młodsze reżyserki narracji o wyborze zawodu, którego mężczyźni bronią jak niepodległości, co w tym przypadku należy traktować literalnie) ma znaczenie głębsze niż wydaje się nam, gdy wybuchamy śmiechem.

Myślałam wczoraj i to tym, że Klątwa to temat dla reżyserki, podobnie jak Wesele. Historycy teatru kiedyś sobie (jeśli dojrzeją do tego) porównają kobiece i męskie wersje wystawień, ja jestem pewna, że ożywienie tej, powiedzmy sobie szczerze, zgranej klasyki możliwe było właśnie pod ręką reżyserki, która nie robiła tematu z dramatu własnej płci, ale widziała dramaty dzięki byciu kobietą. Ta przed-feministyczna, czy mimo-feministyczna postawa sprawdziła się świetnie.

Kolejnych dwudziestu lat!

Blog

Odpowiedz

Uwaga: Można korzystać z XHTML. Twój adres nigdy nie zostanie opublikowany.

Śledź ten komentarz przez RSS

Login with Facebook: