Marzenia? tajemnice?
Przeczytałam wczoraj „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsy, czas najwyższy, wszyscy już o tym powiedzieli co chcieli, a ja nie miałam czasu. Teraz też nie napiszę o wszystkich aspektach tej opowieści. Prawdę mówiąc wiele entuzjastycznych wypowiedzi uważam za mocno przesadzone, choć sam akt ogłoszenia swojej wersji zdarzeń przez żonę i symboliczną Matkę Polaków zasługuje na szacunek. Nie mogę się powstrzymać przed skomentowaniem rynkowego pomysłu na tytuł. Jakie tajemnice? Szczerze mówiąc stopnia powściągliwości nie powstydziłby się dwór angielski. Marzenia? Jedno: wyjechać z rodzinnej wsi, żyć w mieście. Bardzo ciekawe jako głos drugiego pokolenia powojennych migracji. Historia tego marzenia byłaby zastanawiającą historią reprodukcji modelu rodziny, z której bohaterka się wywodzi, gdyby nie cud, jaki przyniosła historia. Po pół roku w Gdańsku Danuta jest żoną Lecha, potem co dwa lata rodzi dziecko. Czy to było to marzenie? Opowiadająca w oszczędnych frazach daje do zrozumienia, że bliskość z mężem – jeśli istniała – rozmyła się. Smutne to spełnienie.
Z wątków politycznych najciekawszy, a właściwie jedyny jakoś się rysujący, jest wątek roli Kościoła w wydarzeniach historycznych i w życiu rodziny Wałęsów.
Zaciekawiła mnie też jedna jeszcze kwestia, właściwie niby drugorzędna. Danuta Wałęsa wspomina momenty prezydentury, gdy opinia publiczna zarzucała Wałęsie rozrzutność, opowiada także o własnych zajęciach, przygotowaniach do wizyt zagranicznych, przyjmowaniu gości. Podkreśla, że nie miała doradców, stylistek, nawet sekretarek.
Tamten świat wyłania się z dokumentów o Okrągłym Stole. Wyłania się z filmu „Obywatel Havel”. Marne garnitury, byle jakie fryzury, garsonki z seryjnej produkcji. Potem wszyscy szczupleją, opalają się, równają do opowieści o „stylu” księżnych i małżonek. Na powierzchnię wychodzą doradcy i trenerzy. Już nie znawcy protokołu dyplomatycznego, lecz styliści i masażyści od komunikacji pozawerbalnej. Tamten czas – czas prezydentury Lecha Wałęsy – jawi się jako okres niewinności.
Jasne, zawsze polityka była grą. Po drodze stała się grą pozorów, przesuniętą ku salonowi mody i Spa. Nie chodzi mi o to, by politycy występowali w swetrach a ich żony z oczkiem w pończochach. Niegdyś ktoś mi opowiadał o oczku w pończosze Raisy Gorbaczow – o tym, że było ludzkie, reporterzy robiący zdjęcia tak, żeby było je widać nieświadomie (wówczas) znieśli dystans między carową a ludem. Nie chodzi mi o te oczka i swetry, ale o zgodę na to, żeby zasłona dymna reguł komunikacji i stroju zastępowała ocenę faktycznych działań polityków. W jednej ze scen w filmie „Obywatel Havel” prezydent niezręcznie przeczesuje włosy małym grzebieniem, w innej współpracownik otrzepuje mu kołnierz z łupieżu. Daję się nabrać? Dawałam się nabrać na długopis Wałęsy, wzruszał mnie jak wszystkich. W latach dziewięćdziesiątych wyciekła resztka tamtego świata, teraz wszyscy są tak samo ulizani, dziennikarze informują nas jak ważne są buty polityków, a w telewizorze możemy pobrać naukę w sprawie stylu od byłej prezydentowej. Zasłaniają się przed nami tą poprawnością i „elegancją”, więc ich bardziej podejrzewamy i łatwiej sprowadzamy do poziomu brukowców.
KRK, koty i arafatki
Skończyłam czytać „Mityngi myśli” Davida Damroscha, amerykańskiego komparatysty, przełożone przez koło naukowe działające przy polonistyce na UAM. Sama idea spółdzielni przekładowej bardzo mi leży, a książka Damroscha zasługuje na dłuższy szkic jako hybryda eseju, powieści akademickiej, wykładu, ze sfabularyzowaną warstwą metodologiczną. Wczoraj, albo i dzisiaj, bo po północy, w oczy wpada mi zdanie: „zarządzanie instytutem jest jak wypasanie kotów”. O Bogini miła! Co za trafne porównanie! Jutro rano tym właśnie zacznę się zajmować! Podobno polscy naukowcy nie mają poczucia humoru, więc poczuć się mogą urażeni, lecz mnie wizja kotów rozbiegających się po łące nieco pociesza. Motto na czas reformy: kota nie wypasiesz inaczej jak przez podsuwanie wartościowej karmy. A nam co dają? KRK, proszę państwa. I ja niestety wiem co to znaczy, bo na przykład profesor Jadwiga Staniszkis, choć krytykuje obowiązek przyporządkowania kierunku studiów do obszarów kształcenia, za bardzo nie rozumie o co w tym chodzi. Przynajmniej argumentacja dotycząca socjologii jest kulą w płot, bo oczywiście socjologia, choć zasadniczo należy do nauk społecznym, ma komponenty humanistycznych i to akurat ustawodawca miał na myśli, a ministerstwo przyjmie ze zrozumieniem. Są trudniejsze decyzje, bo takie na przykład dziennikarstwo to prawdziwa zagadka: społeczne czy humanistyczne? No niby to i to, lecz zależy.
Porzucam zagadki KRK (którego zrozumienie może być źródłem masochistycznej frajdy) i na chwilę wracam do Egiptu, a właściwie na wycieczkę Egipt-Izrael, odbytą z okazji Nowego Roku. Dziś dwa spostrzeżenia. Trzecie jak tylko oderwę się od zarządzania instytutem w kontekście KRK i parametryzacji. Bo trzecie będzie damroschowate: esej z fabułą. Dziś więc tak:
- Ukradziona od przyjaciółki sentencja dookreślająca stan emocjonalny i światopogląd uczestników wycieczki do Izraela: oni kochają Palestynę, lecz nienawidzą arabów. Otóż to, trafione w dziesiątkę. Od granicy autobus przebierał się w arafatki, co nie złagodziło dialogów o głupocie, brudzie, naiwnej pazerności i nienormalności islamu.
- Ludzie z wyższym wykształceniem bez żenady mówią „icki” i „pejsaci” oraz fotografują się przed Ścianą Płaczu na tle rodzin żydowskich niczym z misiem pod Giewontem. Chciałabym być zdania Agnieszki Holland (w dyskusji w Drugim Śniadaniu Mistrzów), że naród polski zmienia się na lepsze i porzuca antysemicki język. Odruchy mówią sporo, po piwie w Jerozolimie ludzie sobie nie żałują. Nic sobie nie robią z ucywilizowanych dyskursów. Arafatkami otulają gardła i głośno mówią po polsku.
Anna Augustynowicz
Wzięłam wczoraj udział w „Panelu krytycznym”, kolejnym punkcie programu jubileuszu Anny Augustynowicz „Dwadzieścia lat po Klątwie”. Program całości imponujący, przypomniane spektakle szczecińskie i robione na wychodźstwie do stolicy i Gdańska, a także te z Teatru Telewizji. Poza tym konferencja, książka, muzyka, trzy dyskusje. Jak się należy, nieakademijnie, lecz godnie. „Jak się należy” to w tym przypadku nie frazeologizm, ale szczera prawda: Annie Augustynowicz należy się od miasta taka artystyczno-intelektualna feta w mieście, z udziałem krytyków i artystów z Polski. Pomyślałam o tym także wczoraj, podczas dyskusji. Pierwsza wymiana zdań – od kiedy datować nowy teatr w Polsce? Czy od premiery „Młodej śmierci” w Teatrze Współczesnym w Szczecinie? Pomińmy „prawdę” słownikową, słowniki tworzą autorzy słowników. Nie chodzi o to, kto był „naprawdę” pierwszy, Warlikowski, Jarzyna, Cieplak, czy może Augustynowicz. Jest argument za Augustynowicz – sięgnęła po współczesny tekst i kontrowersyjny temat, za nią szli inni, zwłaszcza młodsi. Najgłośniejsi artyści lat dziewięćdziesiątych chętnie zaczynali od przepisywania i dekonstruowania klasyki, co wiele mówi o kanoniczności i niekanoniczności działań artystycznych. Powiedzmy sobie szczerze: klasyka niesie artystę, mierzenie się z Szekspirem, Sofoklesem, Słowackim, Wyspiańskim zwraca na spektakl uwagę. Tak jak tworzenie w Warszawie, jak przymieszka ekscentryzmu, jak branie udziału w dyskusjach, jak walka na teatralnej agorze o wpływy.
Jasne, inni z tej generacji bywają pozasystemowi i w tym sensie, że opuszczają najwyższą półkę z dramaturgią światową, a Augustynowicz nie stroni z kolei od klasyki. Można się ścigać na wystawienia modnych tekstów, na przyswojenia obcojęzycznych – w obu dziedzinach Jubilatka ma zasługi.
Ważniejsze wydaje mi się, że Anna Augustynowicz rozpycha ten centralistyczny słownik, z jakim mamy wciąż do czynienia i wprowadza Szczecin na teatralna mapę Polski. Czyni to, dodam, jako kobieta, a anegdota o „reżysereczce” (wariant powtarzanych przez starsze i młodsze reżyserki narracji o wyborze zawodu, którego mężczyźni bronią jak niepodległości, co w tym przypadku należy traktować literalnie) ma znaczenie głębsze niż wydaje się nam, gdy wybuchamy śmiechem.
Myślałam wczoraj i to tym, że Klątwa to temat dla reżyserki, podobnie jak Wesele. Historycy teatru kiedyś sobie (jeśli dojrzeją do tego) porównają kobiece i męskie wersje wystawień, ja jestem pewna, że ożywienie tej, powiedzmy sobie szczerze, zgranej klasyki możliwe było właśnie pod ręką reżyserki, która nie robiła tematu z dramatu własnej płci, ale widziała dramaty dzięki byciu kobietą. Ta przed-feministyczna, czy mimo-feministyczna postawa sprawdziła się świetnie.
Kolejnych dwudziestu lat!
13 grudnia
Od rana z radia, tv i gazet płyną wspomnienia 13 grudnia. Moje da się wpisać w jedną z dominujących kategorii: powrót do domu po imprezie z czołgiem w tle. Drugi epizod to wyprawa po rąbankę, też typowa, a dowartościowana obecnie wpomnieniem Danuty Wałęsy. Polityczne wątki pojawiają się na drugim planie i uwyraźniają z każdym miesiącem trwania stanu wojennego. W tym roku w nocy z 12 na 13 czytałam książkę, która dotarła do mnie tydzień temu dziwną drogą, choć jej wydawca ma siedzibę nieopodal uniwersytetu. W któryś czwartek zatelefonawała do mniej autorka wspomnień “Tułacze losy”. Mieszka w Niemczech, powiedziała, że jest po lekturze “Bambina”, w którym rozpoznała swoje doświadczenia. Od słowa do słowa i okazało się, że….. byłyśmy sąsiadkami przy Piastów. Dziwne, niesamowite chcialoby się powiedzieć. Pamiętam mosiężną tabliczkę na drzwiach z nazwiskiem Jabłońscy. Trzy kobiety, matka z córkami, wyprowadziły się przed 1970 rokiem, w czasie gdy w kamienicy trwał remont. Może w 1969? Miałam 6-7 lat, więc nie pamiętam osób, pamiętam tabliczkę. Mój ojciec oczywiście ma więcej wspomnień. I moja koleżanka z pierwszego piętra.
Wspomnienia Danuty-Romany Słowik składają sie z dwóch części. Pierwsza to pamiętnik babci, pielęgniarki na “Batorym”, która trafiła podczas wojny do Anglii i tam przeżyła kilkanaście lat wykonując swój zawód. Niesamowite, bo od pewnego czasu myślę o napisaniu książki o postaciach pielęgniarek w wojennych wspomnieniach. Druga część dzieje się w Szczecinie, potem w Katowicach, a wreszcie na emigracji w Niemczech. Szczecin z tej opowieści jest jakby z przedakcji mojej pamięci. 1956 rok to epidemia choroby Heine-Medina, paraliżu dziecięcego, na który zapada bohaterka. Ta epidemia jest ważniejsza od wydarzeń politycznych, z jej opisu wyłania się alternatywny świat prywatności uwikłanej w politykę: szpitale, sanatoria, lekartswa przysłane przez babcię. Rok 1962 to tragiczne zakończenie defilady 9 października – czołg T-34, duma wojsk sojuszniczych, obecność satrapów: Gomułka, Spychalski, Greczko. Czołg wjechał w dzieci, siedmioro zginęło na miejscu. Nie pisano o tym w prasie. Rok 1970, doświadczenie pokoleniowe autorki, która jest wówczas w klasie maturalnej. Analogia z moim licealnym przeżywaniem stanu wojennego. Płonący w 1970 roku komitet. Rok 1982 Danuta Słowik spędza już poza Szczecinem. Wspomnienie 1970 z czołgami w alejach – Piastów, Jedności Narodowej, Wyzwolenia – nakłada się na czołgi wcześniej i później, a śmierć na ulicach miasta zawsze bywa podobnie zapamiętana: jakaś siatka w ręce, jakiś szczegół, jakiś zamierający śmiech, gest, okrzyk. Wszystko działo się po sąsiedzku, rodziny które straciły dzieci mieszkały obok, z tych samych szkół wyprowadzano nas na defilady. Dziś niektórzy mówią, że w PRL mieliśmy jakąś soft-wersję reżimu. Cóż, może nie mieliśmy łagrów (choć do nich trafialiśmy), jednak pamięć kaleczy się o te czołgi na ulicach i sporo osób widziało śmierć, o której nie wolno było mówić.
Do tych, których dławi nienawiść
Sprawa z „Pograniczami” każe mi znów myśleć o tym, co i czy warto. Zawsze sobie powtarzam: nie czytaj forum pod artykułami gazetowymi. Czytam, jak prawie każdy. I nie mogę otrząsnąć się po tej lekturze, po gęstych pomyjach niechęci, zawiści, pomówień. Ponieważ osoby obsesyjnie rysujące moją sylwetkę najohydniejszą kreską czytają także te wpisy blogowe, kieruję te słowa i do nich – tak, do was – dawni znajomi, uczestnicy życia kulturalnego miasta, niespełnieni, zgorzkniali, pełni nienawiści. Owszem, czasem opowiadam o trudnych przypadkach, możliwych wpadkach życiowych, lecz nie z narcyzmu. Ryzykuję odsłonięcie, gdyż warto rozmawiać o życiu poważnie. Jednak nawet jeśli błądziłam, nigdy nie tak ja wy (wciąż zwracam się do tych trzech może osób, zawsze obsesyjnie wracających do jakiegoś epizodu sprzed 15 lat). Stop. Nie będę się tłumaczyć, zwierzać, wyjaśniać. Przeciwnie. Ostrzegam. Pomówienia są karalne. Jednak ja akurat do sądu się nie wybieram. Chyba. Może w końcu się wybiorę. Ostrzegam was (tak, was), że z nienawiści i poczucia niespełnienia wątroby wam zgniją i będziecie gryźć palce zajęte świerzbem i kołtun wam resztki włosów zaatakuje. Ja zaś będę się cieszyć życiem.
Przepraszam wszystkich Czytelników, Przyjaciół za ten wpis. Poza tymi, którzy wiedzą, że ja wiem.
Zlikwidowanie “Pograniczy”.
Poza informacją o wysokości budżetu – zgadza się
O 16.00 w lutowy czwartek, po przyjściu z pracy, sprawdziłam maila, facebooka, swój blog, swoje konto, wiadomości ze świata i w końcu stronę Instytutu Książki. „Pogranicza” na krótszej liście dofinansowanych, w bardzo świetnym towarzystwie. Na dłuższej liście niedofinansowanych wiele pism zasłużonych, powstałych w czasie swoistej „wiosny czasopiśmienniczej”, która nastąpiła po 1989 roku. Od tego czasu jedne tytuły upadły, inne powstały, odbyto dziesiątki, a może setki debat, paneli, dyskusji na temat tego, jak umiejscowić, opłacać, dystrybuować niskonakładowe, często regionalne gazety, jak pogodzić politykę, rynek, zmiany kulturowe z upartym dążeniem środowisk intelektualnych i artystycznych do posiadania swojego forum.
Tak, niskonakładowe pismo jest anachronizmem, więcej czytelników może zdobyć e-periodyk. Tak, takie przedsięwzięcie wypala znamię na obrazie samofinansującej się kultury w czasach rynku. Tak, skoro mamy mało czytelników, warto pomyśleć o zmianach. Nie, regiony, środowiska i nisze nie mogą zostać wchłonięte przez centrale, mainstream i kulturę masową. Nie powinny. Student trzeciego roku ze swoim szkicem o tekstach hip-hopowych nie pójdzie do Telewizji Polskiej, w której nie zobaczymy także relacji z jubileuszu zasłużonej, miejscowej poetki. Ten staroświecki sposób produkowania kultury, czyli zadrukowywanie papieru, sprawdza się tam, gdzie inne formy nie mogą dosięgać, bo im za daleko, za trudno, za mało, za nieważnie, za niedochodowo.
Regionalni działacze, urzędnicy, dysponenci środków uwierzyli bardziej od polskiego rządu w to, że na wszystko powinna dać Unia, że trzeba starać się o fundusze na własną rękę. Prawda jednak jest taka, że Unia (traktowana tu jako byt symboliczny, ucieleśniony w rozmaitych dostępnych programach wspierających i strukturalnych) nie „daje” na podstawowe działania w kulturze. Można dostać wsparcie na specjalny numer pisma poświęcony przekładom z ….na…., jednak nie można dostać na systematyczne prowadzenie działu recenzji. Trzeba zrobić dodatkowy cykl spotkań, ale nie można zapłacić za ogrzewanie redakcji. Należy wnieść wkład własny, jednakowoż kto ma wystarczający wkład ze sprzedaży? W tej sytuacji samorządy lokalne powinny mieć świadomość, że albo chcą wspierać niedochodowe pisemko, zabierając jakiś 1% jednej z tandetnych imprez masowych i dbać tym samym o kapitał kulturowy, albo niech przynajmniej nie udają, że są mądrzejsi od nieudacznych redakcji, które mogłyby, tylko nie potrafią, sięgać po dostępne środki.
W tej sytuacji Instytut Książki podtrzymuje lub dobija periodyki kulturalne. W tym roku „Pogranicza” zostały uratowane. Ściślej mówiąc: lek znajduje się w drodze, bo jak napisałam powyżej: byt pisma pozostaje zawieszony, iluzoryczny, niepewny, postmodernistyczny. Jeśli potwierdzi się istnienie wydawcy (choćby w stanie likwidacji), kasa wpłynie. Jeśli nie, wciągnie nas wir niebytu, gdzie mielą się winiety, teksty i twarze, a masa z nich powstająca jest coraz większa i coraz bardziej przeraża.
Jestem oczywiście wściekła, choć nie pierwszy raz mam z tym pismem trzy światy (minus trzy światy?). Może nawet dałabym się przekonać, że nie warto, nie należy, czas pogodzić się z zaszłą w świecie zmianą, jednak tym razem sytuacja jest wyjątkowo dziwna. Jakbyśmy wybierając tytuł wywróżyli ciągi dalsze: bycie na pograniczu, między istnieniem i nieistnieniem, między przekonaniem o ważności roli takich pism a kacem po deprecjonujących opiniach osób nieczytających niczego.
Bo dziś jest tak, że o potrzebę wydawania czasopism kulturalnych pytamy ludzi, którzy prywatnie czytają „Galę”. Zwracam się więc do Was, czytających prześwietne „Książki w Tygodniku” z apelem o to, byście nie dawali sobie wmówić, że człowiekowi do życia potrzebne są tylko te wartości, które się dobrze sprzedają, dobrze wyglądają w tabelkach aplikacji do eksplikacji. Stare nawyki jak czytanie, gadanie, oglądanie, pisanie, granie, malowanie i co tam jeszcze pamiętamy nie są gorsze od internetowych kompulsji i od słusznego trendu kultury dla każdego, który w rezultacie może okazać się wielkim niczym. Jeszcze zobaczymy co jest bytem, a co dotacją.
No i widzimy. Na koniec powiem tak: choć kokietuję małym poczuciem realności, dobrze wiem do czego to zmierza. Niestety, zwykle mam rację.
Zawód Polska
Nie piszę, bo piszę. Ale kończona powieść nie podoba mi się, chyba sama się zapędziłam w jakieś rewiry zbyt mi obce. Najlepiej wychodzi to, co bliskie ciała, przykładem „Drwal” Witkowskiego.
Mimo rozdarcia między tekstami (czytanymi, bo wysyp świetnych książek, pisanymi, żeby zamknąć) a eventami – tak, tak, niby ironicznie, ale już tak się wszystko nazywa – naukowo-krytyczno-administracyjnymi, chcę zanotować wrażenie ze Zjazdu Polonistów, na który udałam się prosto ze spotkania PEN Clubów Polski i Litwy w Wilnie, które to spotkanie domaga się epickiego pióra, ale o tem potem, jeśli zdołam znaleźć czas i formę.
Zjazd Polonistów to okazja do spotkań z ludźmi zbieranymi przez całe, zawodowe życie, co może stanowić okoliczność wynoszącą lub dołującą. Ja lubię takie spotkania, wywołujące ból kręgosłupa posiedzenia, zabieranie głosu, kawo-herbatę z termosów wojskowych. W tym roku zastanawialiśmy się znów „co dalej”, bo polonistyka od paru dekad „na rozdrożu” i „w przebudowanie”. Paradoks polega na tym, że poloniści od lat znajdują się w awangardzie dekontruktywistów lub przynajmniej rewizjonistów. Oglądają z każdej strony tradycję, podejrzliwie odnoszą się do pewników, zaglądają pod podszewkę tożsamości. No więc my tu z otwartą przyłbicą demontujemy, a tymczasem pomalutku nas demontują odgórnie. Język narodowy? Sami mówimy, że przymiotnik „narodowy” jest podejrzany, więc lepiej przyjmijmy jakiś międzykulturowy, czyli angielski.
Autorem najlepszego skrótu sytuacji wypowiedzianego podczas Zjazdu jest Krzysztof Kłosiński, który powiedział: „naszym zawodem jest Polska”. Otóż to, Polska, język, literatura, lęki i zaścianki, wizje i spory. Odbierają nam ten zawód, bo dowodzą, że ważniejsza jest, dajmy na to, komunikacja interkulturowa. Specjaliści od Polski to dziś politycy, my zaś utrzymywani powinniśmy być na jakimś malutkim marginesie jako nauczyciele nauczycieli. Też najlepiej interdyscyplinarnych.
Temat wymaga rozwinięcia, ale ja tu tylko migawkowo, pozjazdowo, chciałabym odnotować wystąpienie (jedyne) studenta w dyskusji. Może nie doceniliśmy tego głosu, więc teraz chcę zapisać swoje wrażenie, iż był to głos pierwszorzędny. Dyskutant powiedział nam, że studiuje polonistykę, bo chce, potrzebuje wiedzy o świecie, kulturze; bo zawsze chciał. Jednocześnie jednak studiuje jeden z „kierunków zamawianych”, gwarantujących stypendium i wizję zatrudnienia w przyszłości.
Co znaczy taki wybór? Na pewno nasi studenci są mądrzy, idealistyczni ile trzeba, pragmatyczni ile muszą. Czy to samo można powiedzieć o naszym państwie? Ustalenie listy kierunków zamawianych, pozornie, wyrównuje deficyty na rynku pracy. Pozornie, bo w praktyce jest źródłem dofinansowania studentów, co niekoniecznie prowadzi do wykształcenia przyszłych pracowników.
Zastanawiam się, dlaczego państwo nie chce zamówić sobie przyzwoicie skrojonej Polski, wszechstronnie przygotowanych specjalistów od rodzimej kultury i języka? Dlaczego państwo zostawia Polskę nacjonalistom i amatorom? Z jakiego powodu student nie może poświęcić się studiowaniu literatury i języka? Może, jasne, ale na własne ryzyko.
Gadamy od lat o tym, że nasi absolwenci sprawdzają się w wielu zawodach. Niby tak. Może dlatego nikt się o nich nie troszczy. Ustawa, która obostrza warunki dopuszczalności studiowania na dwóch kierunkach pomniejszy szeregi studiujących polonistykę (plus któryś z kierunków zamawianych). Przyjdzie czas, gdy nikt nie będzie podkopywał tradycji wytworzonymi na uniwersytecie narzędziami. Zostanie tylko tylu polonistów, ilu potrzeba do obsługi szkolnych testów.
Kombinat Kaskada
Dziś poszłam do Kaskady – GK (Galeria Kaskada), całe miasto w tych znaczkach, wskazówkach, plakatach. Czuje się w powietrzu stężenie konsumpcyjnej gorączki. W przeddzień otwarcia uczniowie umawiali się na wagary, a mój zaprzyjaźniony salon piękności miał być zamknięty. Narzekać? Wyjście z galerii na tworzącą pasaż ulicę uświadamia jak zdewastowane jest centrum Szczecina. Smutne uczucie przebywania w postmiejskich dekoracjach: sypiące się domy, śmierdzące bramy, liszajowate podwórka. Na co dzień tego nie widzę, nie chodzę ulicami mającymi w nazwach poczet królów, hetmanów i męczenników polskich. Tydzień temu wybrałam się pieszo na skos tego bermudzkiego trójkąta. Słońce wyciągało na wierzch szczegóły. Dziś – z „galerii” na ulicę. Przeskok jak między wiekami, jak między kastami, jak nie wiem co.
„Kaskada” jest dla mnie ważna. Nie ta, tamta, na której miejscu postawiono ten bezsensownie wielki skład ciuchów, gadżetów, sprzętu do nie wiadomo czego. Kombinat gastronomiczny „Kaskada” spłonął rano 27 kwietnia 1981 roku. W poprzedzająca noc, pewnie do nadrannych godzin byłam tam na pierwszym w życiu dansingu. Żegnaliśmy idącego do wojska kuzyna. Nie miałam skończonych 18 lat, więc nielegalnie. No, sporo tam dzierlatek występowało w różnych rolach. Niewiele pamiętam poza tym, że nie miałam drobnych na toaletę, piliśmy wódkę, występy tancerek wydawały mi się podniecające. Spałam blisko, u kuzynki. Rano obudził nas jej ojciec, widać było z okna pożar, właściwie już dogasanie ognia. Po południu poszłyśmy do Agencji Artystycznej pogrzebać w resztach kostiumów uratowanych z ognia. Kuzynka była tancerką. W Agencji panował nastrój katastroficzny, dziewczyny płakały. Faktycznie, gdyby spięcie nastąpiło godzinę, chwilę wcześniej, mogłaby być na scenie. Faktycznie. Swąd spalenizny wywoływał łzy i kaszel.
Czytam w wikipedii: Spośród 21 zgromadzonych w budynku w chwili wybuchu pożaru (o tej porze na swoich stanowiskach powinno znajdować się 41 osób, ale 20 spóźniło się) zginęło 7 pracowników i 6 uczniów Szkoły Gastronomicznej na praktyce (zatrutych fosgenem wydzielającym się podczas spalania tworzyw sztucznych – zginęli w ciągu sześciu sekund) – uratowało się 5 osób z parteru i piwnic, i jedna z górnych, która wyszła na zewnątrz budynku przez okno (zabrał ją z zewnętrznego parapetu okiennego przejeżdżający obok przypadkiem podnośnik). Na szczęście do pożaru nie doszło w nocy, kiedy to w “Kaskadzie” bawiło się kilkaset gości, których obsługiwał dwustuosobowy personel. Podczas pożaru temperatura była tak wysoka, że na samochodach strażackich stojących 50 metrów dalej łuszczył się lakier, paliły się również samochody osobowe zaparkowane pod “Kaskadą”.
To o tamtej nocy. Byłam wśród bawiących się gości, a moja kuzynka była jedną z tych obsługujących nas osób. Z ciężkim sercem żegnaliśmy idącego do wojska kuzyna: czasy były złe, pachniało czymś, co nastąpiło 13 grudnia. Tymczasem jakiś wadliwy przewód, jakaś prowizorka, tandeta w tym „kombinacie”. Dotknięcie śmierci. Zginęli nie amatorzy rozrywek, lecz sprzątaczki i uczniowie. Praca w „Kaskadzie” wydawała się rajem na ziemi: dewizowi goście, napiwki, blichtr.
Całymi latami w miejscu po pogorzelisku stały budy „Małej Kaskady”, miejsce spotkań pijackiego proletariatu.
Kaskada z kombinatu zamieniła się w galerię. Niezły skrót drogi, jaką przebyliśmy. Gdyby ktoś mnie pytał o zdanie, obecną galerię nazwałabym „Kombinatem handlowym” – w skrócie KHK lub samo KK. Czemu nie? Bo galeria brzmi elegancko, a kombinat wiochą, pegeerem, przeszłością? No i co? Byłoby przynajmniej oryginalnie i jakoś bliżej tamtej nocy, bliżej prawdy.
Jeszcze jedna dziura w mieście zatkana. Melancholia mnie gryzie, bo tamto było… trzydzieści lat temu. Inaczej wyglądała ulica. Tynki na okolicznych domach nie były takie szare. Sama „Kaskada” wabiła elegancją. Jedno zostało do dzisiaj: naprzeciwko bar „Turysta” z cocktailami mlecznymi. Popatrzyłam sobie z górnej kondygnacji i zobaczyłam jeden wielki brak – kelnerów, talerzy, gości, pożądania. W „Kaskadzie” nie ma miłości, panują zakupy. A wydawało się, że miłości nie ma w domach z betonów. Była.
Nike
Nagroda Nike wręczona. Oczywiście, jury odebrało wyrazy niezadowolenia i jeśli chodzi o mnie – wzięło je do siebie. Oczywiście, gdyby było inne jury, inna mogłaby być finałowa siódemka. Nie ma takiego czegoś jak bezwzględna wartość literatury, zwykle w szerszym gronie można się zgodzić najwyżej co do tego, że coś jest „interesujące”. W czasach, gdy nie istnieje sztywny kanon, ba! – samo pojęcie kanonu brzmi zabytkowo, wiara w uniwersalny gust mający moc wyznaczania hierarchii byłaby naiwnością.
Moim zdaniem każda z nominowanych w tym roku książek zasługuje na nagrodę. Tak, każda.
Justyna Bargielska „Obsoletki” – za empatyczny obraz tego, co odrzucane w imię budowania propagandy macierzyństwa jako szczęścia. Ta niewielka książka mówi nam: kultura okłamuje kobiety, zostawia je same, poronione dzieci traktuje jak odpadki, bo dziecko ma być uśmiechniętym bobasem.
Joanna Bator „Chmurdalia” – za żywioł opowiadania, utrwalenie anegdot i mikrohistorii kobiet, zwłaszcza emigrantek. Powieść Bator mówi też: zapamiętuj drobiazgi, przydadzą ci się, gdy będziesz pytać co przeżyłaś. Stwarzaj światy, bo opowieści brakuje, zwłaszcza opowieści kobiecych.
Ignacy Karpowicz „Balladyny i romanse” – za podpatrywanie paradoksów rzeczywistości, pod której wierzchnią warstwą wciąż obecne są jakieś, nie zawsze poważnie potraktowane przez pisarza, osady przypadków, wierzeń, zdarzeń. Powieść Karpowicza mówi: opowiadanie to frajda, zwłaszcza gdy się brak czegoś spotyka się z nadmiarem, a pisarz rozdaje karty narracyjne.
Wojciech Nowicki „Dno oka” – za wiedzę, która przemienia się w czucie. Książki o fotografii bywają przeładowane technikaliami i teoriami. W tej umiejętność patrzenia nie zostaje przykryta przepisem na patrzenie. Nowicki mówi: zobacz, zamień to co odczuwasz w narrację. Nowicki także wzrusza.
Andrzej Stasiuk „Dziennik pisany później” – za zadanie pytań o cel podróży, o intencje. Na drodze do Albanii, Serbii, na swoich stałych pisarskich szlakach, Stasiuk zobaczył tym razem podróżnika, mającego punkt odniesienia w Polsce. I jeszcze to, że są miejsca, w których nie ma kobiet.
Sławomir Mrożek „Dziennik. Tom I” – za dopełnienie dzieła, pokazywanie drogi krystalizacji pisarskich idei, pracy nad warsztatem i duchowością. Za zapis tego, co znaczyło być pisarzem z Polski w latach sześćdziesiątych.
Marian Pilot „Pióropusz” – za brawurowy opis tego, jak się zostaje pisarzem i zarazem donosicielem. Jak się wydobywano z polskiej wsi. Jak działa język, jak się świat uciera z anegdoty, słuchu i wspomnień.
„Nike” dostał Marian Pilot. Dla mnie ta powieść jest powieścią polityczną. Demaskuje pokusy, które mamy wkraczając w świat literatury i nie chodzi o żadne odwieczności i faustyczności, lecz o władzę, jaką daje wychodzenie z nizin, o satysfakcję odczuwaną, gdy nasze słowo zaczyna zmieniać rzeczywistość.
Nauka za kasę
Kiedy na spotkaniu ze studentami Bywały Poeta opowiadał o procederze amerykańskich creative writing (Word zmienia mi to na Whiting, nie odpowiadam za ostateczny rezultat) zwieńczonych składką na antologię studencką, śmialiśmy się w redakcji „Pograniczy” z absurdalności konceptu. Jak można (i kto byłby aż tak zdesperowany) dopłacać za to, że nas drukują? W redakcji przestrzegamy zasady, że należy płacić choćby symbolicznie, wydawnictwo non-profit nie oznacza autorskiego wolontariatu. Wiem, są takie, które nie płacą i przyjmujemy to, gdyż warto je podtrzymać w szlachetnych działaniach, a na przykład MKiDN ma w tej sprawie inne zdanie. Ale dopłacać? Niby mógłby to być biznes, gdyby pobierać opłatę od grafomanów, ale jak z tym żyć, jak żyć z poczucia wyższości wobec ludzi, którzy chcą pisać, lecz nie są rynkowi?
Zostawmy jednak ten wdzięczny pomysł, w końcu w jakimś stopniu żyją z niego różne oficyny wydające „nakładem autora” co tam podleci, pośrednio żyją z tego wydawcy niepłacący honorariów (co jest bardziej skomplikowane, delikatne, lecz w moim przekonaniu także warto o tym mówić: gdzie przebiega granica pomiędzy rynkiem a parciem na druk itd.).
Oto jednak dostaję dziś na skrzynkę służbową zaproszenie do zamieszczenia artykułu naukowego w tomie międzynarodowym w języku polskim i angielskim. Od razu widać, że spełnione mają być wszystkie warunki ustawodawcy: recenzje, numer ISBN, lokowanie (słowo za mną chodzi, robi karierę dzięki TV, gdzie znaczy coś trochę innego, ale niech tam) zagraniczne, wydawca międzykontynentalny, może miedzyplanetarny, pozorna monograficzność (temat absurdalnie szeroki, lecz niby uspójniony), modna multidyscyplinarność. Po wszystkim następuje tabela z niewygórowaną taryfą opłat.
Oto rezultat urynkowienia nauki. Z takimi propozycjami będziemy mieć coraz częściej do czynienia. Skoro wymaga się od naukowców, w tym doktorantów, zbierania punktów, a czasopisma z listy filadelfijskiej są niedostępne choćby z racji tłoku, a poza tym dla humanistów po prostu nie ma wielu tytułów na liście (dla filologów polskich tym bardziej), sprytna prywatna inicjatywa nas wspomoże. Oto prawdziwie rynkowa gospodarka: po co komu prawdziwa nauka, jeśli można wygenerować punkty pomocy dla potrzebujących, żyć z drukowania zbędnych, lecz wpisujących się we właściwe rubryki publikacji?
Będę swoich pracowników ostrzegać przed takimi „okazjami”. Najzabawniejsze jest to, że piszę z dużym trudem powieść o tym, ku czemu zmierzamy w środowisku akademickim. Handlu punktami za dorobek nie wymyśliłam. Choć powinnam, do tej pory mieliśmy handel biogramami do różnych “Who is who”„ksiąg autorytetów”, mamy piekielnie drogie konferencje międzynarodowe, więc musiały pojawić się i książki.





